Najwyższa wydma świata

26

Dziennik z podróży:
09-12.08.2012
[Peru]: Nazca-góra Cerro Blanco-Nazca

Edgardo pomógł naszej czwórce wynegocjować korzystniejszą cenę za kurs taksówką do punktu, skąd zaczyna się nieoznakowany szlak, prowadzący na szczyt Cerro Blanco – najwyższej na świecie wydmy, wznoszącej się na 2078 m n.p.m.

Początkowo wyraźna, szeroka ścieżka pięła się delikatnie coraz wyżej i wyżej pomiędzy brązowymi wzniesieniami, aż w końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie ta rozwidlała się w kilku kierunkach totalnie zbijając nas z tropu.

Nad suchymi od słońca górami sterczał samotnie piaszczysty wierzchołek Cerro Blanco. Ruszyliśmy na przełaj, prosto w jego kierunku. Po kilku minutach zatrzymał nas głęboki wąwóz, spadający dziesiątki metrów w dół…

Słońce paliło niemiłosiernie, a zmęczenie powoli dawało się nam we znaki. Postanowiliśmy strawersować góry otaczające wąwóz, by w końcu znaleźć się po jego drugiej stronie.

Czasem chowaliśmy się pod samotnymi skałami, by choć na chwilę odetchnąć w cieniu. Wreszcie udało nam się odnaleźć właściwą ścieżkę i wyjść u podnóża Cerro Blanco. Zjedliśmy skromny „obiad” pod jedynym wyschniętym drzewem, jakie stało na naszej drodze, po czym zaczęliśmy długą, mozolną wspinaczkę po piasku…

Szybko okazało się, że wierzchołek Cerro Blanco pokryty jest kilkoma mniejszymi wydmami. Na szczycie pierwszej z nich, niemal odjęło nam mowę! Otaczały nas kolejne góry piasku, a dalej sino-fioletowe lub brązowe wzniesienia i wąwozy. Nad nami królowało idealnie błękitne niebo, świeciło palące słońce. Lekki, orzeźwiający wiatr powoli, wytrwale zacierał nasze ślady. Surowy, niczym nie zmącony krajobraz napawał ciszą i spokojem…

Byliśmy tam tylko my…

Tego samego wieczoru znów odwiedził nas Edgardo, tym razem w towarzystwie małej buteleczki Żubrówki!

- Żubrówka najlepiej smakuje z sokiem jabłkowym! – tłumaczyliśmy naszemu gospodarzowi, a ten z ciekawością patrzył, jak Łukasz dobierał odpowiednie proporcje polskiego drinka.
Na zdrowie! – padł pierwszy toast.
Na zdrowie!!!

Kolejnego dnia Léo i ja postanowiliśmy raz jeszcze zdobyć Cerro Blanco, tym razem rezygnując z usług taksówkarza.

„Po co?” – zapytacie.

Ano, szczerze mówiąc, wysiłek fizyczny potrafi uzależnić, poza tym byliśmy ciekawi, czy uda nam się dojechać do szlaku autostopem, tym samym zbadać możliwie najtańszą wersję wędrówki na Cerro Blanco.

Po kilkudziesięciu minutach sterczenia na drodze z wyciągniętymi kciukami, zatrzymał się przy nas kierowca minibusa i zaproponował podwózkę za kilka soli. Czas naglił. Wskoczyliśmy do środka, by wkrótce wysiąść na początku znajomej ścieżki. Zaczęliśmy wspinaczkę mniej więcej o tej samej porze co wczoraj, akurat wtedy, gdy słońce paliło najbardziej. Tym razem byliśmy jednak lepiej przygotowani – mieliśmy więcej wody, przekąsek i doskonale znaliśmy drogę, nie tracąc już czasu na niepotrzebny trawers gór otaczających Cerro Blanco.

Po kilku godzinach odwiedziliśmy znajome drzewo u podnóża piaskowej góry, weszliśmy na przełęcz pomiędzy wydmami, po czym zaczęliśmy wspinaczkę na najwyższy ze szczytów, na który wczoraj po prostu nie starczyło nam już siły.

Widoki znów powaliły nas na kolana! Ten sam spokój, cisza, wiatr, magia i majestat otaczającego nas świata…i maleńkie Nazca rozłożone gdzieś w dolinie pod nami…

- Patrz! Kondory! – krzyknął Léo, wskazując palcem na dwa ptaki o czarno-białych skrzydłach, szybujące pod wydmą pomiędzy górami. – Wow! To zawsze było moim marzeniem… Zobaczyć kondory… właśnie tak jak teraz…

Tego dnia jeszcze jedno z marzeń Léo miało się ziścić – przejażdżka „TIRem”.

Wracaliśmy do Nazca ciężarówką złapaną przypadkowo na drodze do miasta. Podczas, gdy ja gniotłam się z parą innych autostopowiczów na jednym z dwóch łóżek, w które wyposażona była przestronna kabina, mój francuski kolega wypytywał kierowcę niemal o każdy „guzik” i „wajchę” wystające z pulpitu! ;)

Późnym popołudniem dołączyliśmy w końcu do reszty naszej grupy.

Tego wieczora na krótko wprowadziła się do „naszego domu” Elena – samotnie podróżująca Bułgarka. Aaron stał się nagle jakby bardziej rozmowny, towarzyski, choć nieco przewrażliwiony na uszczypliwe komentarze rozbawionego Łukasza. Léo i ja, wyczerpani kilkugodzinną wędrówką, szybko rozeszliśmy się do swoich pokoi i zasnęliśmy twardo jak kamień.

Mogłabym przysiąc, że tamtej nocy śniłam o opustoszałych, piaskowych diunach i fruwających nad nimi kondorach… ;)

Tekst: Ewelina
Zdjęcia: Łukasz

INFORMACJE PRAKTYCZNE:

taksówka na szlak na Cerro Blanco (w dwie strony) – około 60 soli

Zobacz również:

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress
Śledź naszą wyprawę przez FaceBook!
Otrzymuj powiadomienia na tablicę o nowych wpisach, konkursach i informacjach z ostatniej chwili. Bądź na bieżąco!

Facebook


Po wejściu na stronę, w prawej kolumnie, możesz też podać swój adres emailowy, jeśli chcesz dostawać od nas powiadomienia w postaci newslettera.